Na posesji Jana Myrcika stoi pomnik dla 370 poległych chłopaków z Koszęcina

Grażyna Kuźnik
Pomnik postawiony przez Jana Myrcika dla 370 poległych chłopaków z Koszęcina
Pomnik postawiony przez Jana Myrcika dla 370 poległych chłopaków z Koszęcina fot. Arkadiusz Ławrywianiec.
Kto zobaczy ten pomnik, ten nigdy go już nie zapomni. Na posesji Jana Myrcika w Koszęcinie wyrósł jak drzewo z uciętymi ramionami. Zamiast liści - cztery wojskowe hełmy. Dalej sylwetki dwóch żołnierzy i płyta z dziesiątkami nazwisk w trzech szeregach. Najcieńszy rząd to wojny napoleońskie; zginęło wtedy 38 wojaków. Potem pierwsza wojna światowa, 106 kolejnych. I ostatni rząd z drugiej wojny światowej, ponad 200 poległych. Myrcik sam ustalił ich losy i nazwiska.

Po raz pierwszy wszyscy znaleźli się obok siebie. - To są tutejsi chłopcy; tu się urodzili, tu na nich czekały rodziny. A zginęli gdzieś w świecie, czasem bezimiennie, w różnych mundurach, w łagrach i obozach koncentracyjnych - mówi Jan Myrcik, pedagog, historyk, tłumacz. Rocznik 1931.

Serce mu się ściskało w bólu strasznym

Myrcik jest zafascynowany bezlitosną historią pogranicza. Gdy w Boże Narodzenie na mszy padają słowa św. Pawła, że od chwili narodzin Jezusa nie ma już "Greka ni Żyda, barbarzyńcy ani Scyty, niewolnika ni wolnego, bo wszyscy jesteśmy jedno w Chrystusie", Jan Myrcik myśli wtedy o swoich chłopcach z pomnika.

Życie porozrzucało ich w różne strony, postawiło przeciwko sobie, ale w końcu są razem, w rodzinnym miasteczku.

On ich pogodził. Przez lata Myrcik wydzierał dane o poległych księgom i kamieniom. Serce mu się ściskało, że ginęli tak młodo, od pokoleń. Średnia wieku - 23 lata.

Niektóre nazwiska wciąż się powtarzają: Myrcików, Ulfigów, Bambynków, Goniwiechów. Synek z Koszęcina, Jan Janeczek, poległ w obronie Westerplatte. Alojzy Krzeszok został na zawsze w Ostaszkowie, Witek Opiełka w Dachau, ale większość zginęła w Rosji, szturmując Stalingrad. Jak Paweł Iwanowski, który we wrześniu 1939 roku walczył w polskim mundurze, a potem wzięli go do niemieckiej armii. Zginął w Wołkowie na Ukrainie. Jak Henryk Kożuch, o którym dowódca napisał do rodziców: "Czołg, w którym spalił się wasz syn, stał się jego stalowym grobem". Jak Wicek Szygula, którego matka dostała pismo: "Poległ za ukochanego wodza. Niech to ukoi pani ból"

- Ostrzegali mnie, że ten pomnik długo nie postoi - przyznaje Myrcik. - Bo żeby obok Opiełki wypisać jego sąsiadów z Wehrmachtu? Ale w Koszęcinie kto miał władzę, ten zabierał młodych na wojnę i nie oddawał.

Pomnik mówi prawdę. Myślał o nim od dawna; w czasach, gdy ludzie wyrzucali na śmieci zdjęcia chłopaków w mundurach Wehrmachtu czy alianckich, tak bali się donosów.

- Bo się zdarzały - przyznaje twardo Myrcik, choć kocha tę ziemię i ludzi jak nikt.- W czasie wojny i później. Tak zginął Józek Ochmann, zachował się donos na niego. Był jak wyrok śmierci. Jakiś kupiec, który "ze względu na prowadzone interesy" chciał być anonimowy, donosił gestapo, że Ochman to powstaniec śląski, "nienawidzący Niemców człowiek". Ochmana ścięto już w grudniu 1939 roku.

W Koszęcinie o wojnie, broń Boże, się nie mówiło.

- Ale ja byłem wtedy ministrantem, pamiętam te pogrzeby bez trumien, pochód śmierci moich starszych kolegów - dodaje Myrcik. - Nagle nie wolno było o nich wspominać. Zapadła sztuczna cisza. Nic z niej dobrego.

Dał żydowskiej rodzinie honorowe miejsce

Dlatego zaczął liczyć wszystkich chłopców z Koszęcina, którym wojna zabrała życie, w polskim czy niemieckim wojsku. Ustalał, gdzie zginęli, jak. Pisał do archiwów, przepytywał rodziny.

Mijały lata. Kiedy listę miał już gotową, wziął się za pomnik. I czekał. Ludzie najpierw się przyglądali budowie, nie wierząc, że się nie boi. Potem ruszyli pomagać, bo żadna instytucja pomnika nie wsparła. Pojawiły się napisy "Epitafium dla poległych" i "Pro Memoria" wyryte w drewnie. Jest krzyż z łusek ciężkiej broni maszynowej, hełmy wojenne: polski, pruski, niemiecki i rosyjski, sylwetki dwóch żołnierzy w symbolicznych mundurach. I tablica w kształcie macewy, ku pamięci jednej jedynej w Koszęcinie żydowskiej rodziny.

W domu Hoffmanów jest teraz urząd gminny, ale nikt o tym nie pamięta. Nigdy żaden krewny nie wrócił i o nich nie zapytał. Myrcik dał Hoffmanom honorowe miejsce na pomnikowym drzewie i przywrócił imiona; żyli tu kiedyś Elfrieda i Hermann, dobrze prowadzili sklep przemysłowy. Mieli ładną córkę Ernę, która miała doskonale wyjść za mąż, ale nie zdążyła. I zdolnego syna Alfreda, który mógł zostać, kim by zechciał; tyle że wiosną 1941 roku wszyscy zniknęli, jakby ich nigdy nie było. Myrcikowie mają dzisiaj domek jak z obrazka przy starej ulicy ks. Antoniego Ryguły, założonej jeszcze przez księcia Karola zu Hohenlohe-Ingelfingen.

Kiedy po plebiscycie Koszęcin przypadł Polsce, nazywała się Kasztanowa. Zielono, spokojnie. Ale ta sielska uliczka spływała kiedyś krwią.

Pod samym płotem Myrcików zaczęła się i skończyła druga wojna światowa w Koszęcinie.

1 września 1939 roku padł tutaj pierwszy polski żołnierz w obronie miasteczka. 19 stycznia 1945 roku, niemal w tym samym miejscu, zabito ostatniego niemieckiego obrońcę. Był to 60-letni rezerwista, doktor farmacji. Jeszcze jedną śmierć widział w tych dniach Myrcik niemal pod domem. Młodziutki Rosjanin, który był w Koszęcinie na robotach, rzucił się z otwartymi ramionami w stronę swoich. A oni zaciągnęli go pod mur, załadowali broń i zabili. Do dzisiaj nie może zapomnieć jego pełnych grozy oczu, gdy zrozumiał, co go czeka. Takie miejsce wyjątkowo nadaje się na pomnik.

- Wybrałem dobrze - ocenia Myrcik, mierząc całość gospodarskim okiem. - Jest widok na wschód i na zachód, na całą ulicę i na historię. Tą ulicą szli chyba wszyscy, których wypisałem na tablicach. Oprócz polskich lotników z Krakowa, których 1 września niedaleko stąd zestrzelono. Ich nazwiska też poznał; byli to porucznik Leon Wrzeszcz i sierżant Adam Baran.

Z głodu wytrzymać nie idzie; na obiad sama woda

Myrcikowi ludzie ufają; ma talent do wyjaśniania losów zaginionych. Gdy się rozniosło, że to potrafi, zaczęli przychodzić sąsiedzi. Prosili: - Znajdź mi synka, może gdzieś jest, ale nie może pisać, może pamięć stracił?

Niektórzy do końca życia nie wierzyli w śmierć bliskich.

- Zwłaszcza matki i ojcowie - wzdycha Myrcik.

21-letniego Ludwika Ulfiga jego ojciec Józef, Polak, który nosił znak "P", ale syna i tak wzięli mu do Wehrmachtu, szukał do śmierci. Nie znalazł. Chłopak na froncie przeżył tylko pół roku. Pisał do rodziców, że kapitana nie obchodzi jego polskie pochodzenie. Już z Rosji Ludwik doniósł, że ludność żyje w wielkiej nędzy. Żalił się: "Z głodu wytrzymać nie idzie. Obiad sama woda, jak kartofel smakuje zapomniałem, no a chleba tylko na skosztowanie. Od trzech tygodni nie spałem".

Wkrótce potem przyszedł list, że Ludwik zaginął pod Stalingradem.

Na koszęcińskiej ziemi werbowano bez umiaru. Ale rodziny trwały, co widać po nazwiskach poległych w różnych wojnach.

Gdy Koszęcin był pruski, na wojnę z Napoleonem poszli Anton Wiatrek z Wawrzinem Ordonem, nie wrócili. Przepadli jak Piotr i Alojzy Ordonowie, a także Karol Wiatrek w drugiej wojnie światowej. Jeden Bam-%07bynek stracił życie w pierwszej wojnie, w drugiej padło już pięciu Bambynków.

W czasie pierwszej wojny światowej zginęło ośmiu Myrcików, w drugiej trzech. Jeden w Miednoje grób znalazł, z rąk Sowietów zginął.

Pod Verdun zginął Johann Ochman, w drugiej wojnie zginęło trzech Ochmanów.

Na liście chłopców z Koszęcina zabrakło jednak Myrcikowi rekrutów z wojen napoleońskich, złapanych przez tych, co werbowali różnymi sposobami. Ich imiona i nazwiska, zarosłe kurzem, odnalazł za ołtarzami w miejscowych kościołach. Przetrwały tam prawie 200 lat. Wypisano je na drewnianych tablicach, "ku wiecznej pamięci", w podzięce, że polegli za króla

Są tam Jagodziński, Kowalski i Skrzipczyk, są też Scheffler, Focks i Broll. Nie wiadomo, gdzie są pochowani.

Nie chcieli iść na wojnę, a musieli walczyć

Jan Myrcik nie wierzył, że kiedyś ich wszystkich wypisze obok siebie, na jednej tablicy. 370 chłopaków z Koszęcina, którzy oddali życie, bo urodzili się na Śląsku

- Nie chcieli iść na wojnę, a musieli walczyć, czasem w mundurach, które nic dla nich nie znaczyły - mówi Myrcik.

Pomnik stanął rok temu i nikt go nie uszkodził. Przychodzą ludzie, stoją, zamyślają się.

Na posesji Myrcika jest też jego prywatna Izba Pamięci, a w niej kronika Koszęcina Józefa Ulfiga, który pisał ją ręcznie piękną polszczyzną, kojąc ból po stracie syna Ludwika.

Można w niej przeczytać: "Było to jakimś nadzwyczajnym nieszczęściem Górnoślązaków, że sąsiednie narody zawsze miały ich za nic".

Kiedy będzie wiosna? Zwierzęta dają sygnały. Klimat się zmienił.

Wideo

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3